SAMSUNG CAMERA PICTURES

REMEDIUM

Na wstępie pragnę podkreślić, iż twórczość Tau zawsze wzbudzała moje zainteresowanie jako słuchacza rapu, jak również osoby nawróconej, pragnącej doświadczać treści budujących świadomość duchową. Gdy w roku 2011 Piotr Kowalczyk, znany wówczas jako Medium, wydał za sprawą Asfalt Records swój pierwszy album „Teorie równoległych wszechświatów”, produkcja nie zogniskowała mojej uwagi i szybko zapomniałem o postach reklamujących debiut Medium, jak również o utworach singlowych, w moim odczuciu tracących nudną quazi filozofią i metafizyką . Z perspektywy czasu moja obojętność podyktowana była rownież faktem, iż prezentowane w utworach singlowych dywagacje, jak również styl dobierania słów w tekstach i ich „wykładnia na bicie” nie odzwierciedlały kierunku moich poszukiwań estetycznych, a tym bardziej przekonań natury religijnej. Co więcej, w tamtych latach byłem bardzo mocno zaangażowany w poznawanie hip-hopu amerykańskiego (w szczególności tego z lat 80tych) co mimowolnie odwodziło mnie od decyzji by poświęcić czas na odsłuch albumu debiutującego rapera z Polski.
Okazało się jednak, iż moją drogą do muzyki Piotra były nie tyle jego wydawnictwa, co późniejszy, chrześcijański światopogląd prezentowany przezeń w formie krótkich, często spontanicznych filmów tzw. live’ów przemykających co jakiś czas po głównej tablicy FB. Dzierżący wówczas pseudonim Medium Kowalczyk mocno podkreślał, iż doznał nawrócenia do Jezusa Chrystusa, co w efekcie spowodowało zmianę kierunku jego drogi twórczej. Temat nawrócenia i kwestie związane z religijnością i wiarą były wówczas, oprócz rapowych eksploracji, w centrum mojego zainteresowania. Począłem więc śledzić poczynania rapera, z którym częstokroć prowadziłem cichą, wewnętrzną polemikę. Niedługo potem nadarzyła się okazja by zakupić „po taniości” album „Graal” (2012). Nie przepuściłem tejże sposobności i tym sposobem, z pewną dozą rezerwy, wszedłem w muzyczny świat Medium. Pragnę jednak w tym krótkim artykule/recenzji skupić się przede wszystkim na dokonaniach muzycznych Tau – pseudonimu stanowiącego o nowym, chrześcijańskim rozdziale w życiu i twórczości Piotra Kowalczyka. Celem niniejszego tekstu jest dokonanie analizy porównawczej trzech jego albumów, których jestem szczęśliwym posiadaczem.
„Remedium” – debiut artystyczny Tau, wzbudzał spore zamieszanie wśród moich znajomych z podziemnej sceny tzw. chrześcijańskiego rapu, jak również wywoływał spory światopoglądowe w ramach mediów społecznościowych i portali tematycznych. Album, „na pierwszy rzut ucha” wymyka się obiektywnym ocenom, gdyż dotyka sfer, przez wielu postrzeganych jako bardzo osobiste i nieprzeznaczone, lub wręcz nienadające się do dyskursu w świecie fonograficznych fajerwerków. Wielu forumowych adwersarzy wytaczało argumenty przydające śmieszności „Remedium”, jak również wypowiedziom i światopoglądowi samego artysty. Znaczna większość komentarzy, zarówno tych wirtualnych, jaki i tych pochodzących z tzw. osiedlowej ławki była przychylna treściom zawartymi na albumie i podkreślała kunszt debiutu. Nie będę oryginalny jeśli przyznam, iż „Remedium” nosi znamiona płyty wybitnej. Czy bezpiecznie jest domorosłemu recenzentowi oceniać tak wysoko „twór”, który mocno podzielił odbiorców rapu w Polsce? Z pewnością pojawią się głosy sprzeciwu wobec moich spostrzeżeń i opinii wtłoczonych w niniejszą analizę, których nieprzychylni mojemu światopoglądowi autorzy zarzucą mi z pewnością faworyzowanie bądź też „kandyzowanie” Tau. Pozostaje mi uargumentować moje twierdzenie przenosząc Twoją uwagę Czytelniku, ot choćby na umiejętności Piotra w sferze rapowo-wokalnej.
Przesłuchując płytę odnalazłem mnogość stylów rapowania, ciekawe rytmizowanie głoskami, poprawne przyspieszenia płynnie przechodzące w śpiew. Choć ten, nie jest najwyższych lotów stanowi ciekawe urozmaicenie albumu dodając klimatu poszczególnym utworom. To, co najbardziej skłania mnie do przyznania wysokiej noty umiejętnościom wokalnym Tau jest fakt, iż każdy z refrenów po prostu „siedzi w tonacji” i nie jest sztucznie prostowany przez obecny na wielu albumach autotune. Jeśli już zostały w śpiewie rapera zainstalowane „upiększacze” studyjne, nie zmieniają one charakterystyki i barwy głosu artysty i bardzo ciekawie współgrają z warstwą muzyczną.
Podkłady muzyczne są bardzo urozmaicone: od jazzowo-soulowych produkcji, nawiązujących swą charakterystyką do dokonań producentów tzw. Złotej Ery rapu lat 90-tych, jak również te nowoczesne stanowiące o rozwoju gatunku, będące ciekawym urozmaiceniem i wyzwaniem dla Piotra jak i raperów i wokalistów zaproszonych gościnnie na album. Bity, mimo, iż stylowo bardzo odległe od siebie zazębiają się na krążku klimatycznie i stanowią niespodziankę dla słuchacza, który oprócz refleksyjnych nut („Łzy”, „Ostatni raz”) odnajdzie nuty o dubstepowym lub trapowym zabarwieniu („Remedium”, „List motywacyjny”).
Ciekawym patentem (i być może właściwością, za którą chcę wyróżnić „Remedium” najbardziej) jest kontrast klimatyczny zastosowany w niektórych utworach. Tau prowadzi grę emocjonalną ze słuchaczem przedkładając mu idylliczne, łagodne, bądź też melodyjne brzmienia, by nieoczekiwanie wymuszać przyspieszenie pulsu pętlami o odmiennym nastroju pełnym niepokoju, przyspieszonym tempie, czy też niespotykanych eksperymentach tonacyjnych. („Lato 2000”, „Cudotwórca”).
Wartym wspomnienia jest fakt, iż większość bitów na płytę wyprodukował sam autor, co z pewnością przekłada się na doskonałe wkomponowanie jego wokali na warstwę muzyczną. Dzieło skomponowane w dużej mierze od podstaw przez artystę, co w moim odczuciu, prawie zawsze podnosi walory artystyczne dzieła. W „Remedium” można wyczuć „dobrą chemię twórczą” i przemyślany kierunek poprowadzenia emocji słuchacza. Tau okazał się nie tylko bardzo innowatorskim rzemieślnikiem słowa rapowego, lecz również utalentowanym bitmejkerem. W jego produkcjach można wychwycić zarówno dobrze przycięty sampel, niesztampowe cykacze, jak również brzmienia elektroniczne o bardzo dobrej fakturze brzmieniowej („Cudotwórca”, „Puk puk”, „Ostatni raz”).
Wśród producentów na „Remedium” odnajdziemy reprezentantów polskiej szkoły bitmejkingu (Zdolny, Chris Carson), jak również amerykańskiego producenta ze stajni Reach Records o ksywie Gawvi. Wszyscy trzej unieśli wymagania jakie narzucił im album. W szczególności zaskoczył Zdolny, którego umiejętności aranżacyjne, rozpiętość klimatyczna bitów i osłuchanie można wychwycić konfrontując niuskulowy wątek zawarty w „Made in serce” z „Logo land” – oldskulową manierą nawiązująca do dokonań LL Cool J’a z czasów albumu „Radio” (1985).
Gościnnie na zwrotkach wystąpiło kilku polskich zawodników takich jak Zeus, Kali, Paluch i Buka. Z tej czwórki, w moim odczuciu, najlepiej poradził sobie Zeus, który techniką, stylem i pomysłem momentami przewyższał gospodarza. Bardzo dobrze zaprezentowali się również Paluch i Kali, chociaż ten drugi wyraźnie odstaje w każdym aspekcie od swojego partnera z albumu „Milion dróg do śmierci”. Nie zmienia to faktu, iż krakowianin dobrze wyczuł temat utworu („Nawigator”) i ze znaną sobie uliczną manierą i slangiem wplatanym w wersy urozmaicił utwór. Natomiast Buka – niedawny reprezentant Maxflo Records przeholował ze „stylówką” czyniąc ze swej zwrotki zbitki słów i sylab wypluwanych niewyraźnie, momentami nierytmicznie (choć umiejętność wyjścia i powrotu do bitu stanowi o kunszcie rapera – Tau) oraz bez pomysłu i zrozumiałych odniesień do tematyki nagrania („Maria Konopnicka”). Choć sam utwór w mojej ocenie jest jednym z najjaśniejszych punktów „Remedium”, zwrotka Buki mogłaby być swobodnie pominięta, jako nieudany eksperyment językowy oraz artykulacyjny.
Wydawnictwo prezentuje się estetycznie. Wyraźny druk zwrotek poszczególnych raperów (choć w moim odczuciu odrobinę za mała czcionka) dodaje wartości dziełu. Co więcej, dzięki książeczce tekstowej do niektórych kawałków Tau można wracać „niemuzycznie” śledząc strumień myśli autora, tok jego skojarzeń i zawoalowany dowcip. Ciekawym zabiegiem artystycznym jest wkomponowanie słów „Roty” w utwór pt. „BHO” oraz stylizowanie tekstu i jego melorecytacja na modłę poetycką („Maria Konopnicka”).
Na osobne wyróżnienie zasługują z pewnością wokalistki Agnieszka Musiał, Klaudia Duda, Kamila Pałasz, które wspaniale urozmaiciły album wykazując przy tym wyczucie artystyczne i profesjonalizm. Krążek jest również urozmaicony żywymi instrumentami, choć te nie wybijają się na plan pierwszy stanowiąc kunsztowne tło i ciekawostkę wydawnictwa.
Wydaje się kontrowersyjnym, iż Tau dopuścił zwrotkę Palucha na swój debiut (co z dużą dozą prawdopodobieństwa zostało podyktowane względami stricte promocyjnymi), która to strofa już na wstępie utworu odstrasza wulgaryzmem. Umiejętności, charyzma i dokonania Wielkopolanina wydają się być niezaprzeczalne, jednak wziąwszy pod uwagę chrześcijański wydźwięk „Remedium” – debiutu Tau – spodziewałbym się czystości w sferze treściowej. Ów leksykalny faul, w moim odczuciu, nie ujmuje jakości płycie i z pewnością nie stanowi novum dla „otrzaskanego” w hip-hopie słuchacza. Prowokuje jednak środowisko chrześcijańskich odbiorców (w tym również twórców) i wymusza pytania o zasadność niniejszego zabiegu.
Przyznaję również, iż styl dobierania rymów przez Piotra nie jest tym, którego poszukuję na wydawnictwach hip-hopowych. Odnoszę wrażenie, iż jego zwrotki pisane były szybko a praca twórcza opierała się o metodę mniej lub bardziej kontrolowanego strumienia świadomości. Liryki Kowalczyka są więc „rymotwórczo” swobodne i lekkie, co oznacza, iż często nie rymują się w ogóle. Dla większości słuchaczy nie stanowi to problemu, lub, być może, jest uznawane przez wielu za przymiot. Uważam jednak, iż hip-hopowa warstwa tekstowa winna legitymować się rymem niźli naleciałościami tzw. białej poezji.
Bądź co bądź, „Remedium” jest albumem kompletnym, nagranym przez wybitnego rapera, trendsetterem i kamieniem milowym w rozwoju podgatunku jakim jest chrześcijański rap (nawet wówczas gdy owa dystynkcja wielu z Was, szanowni Czytelnicy nie przypadnie do gustu). Krążek należy do tych, których posiadanie dla fana rapu jest oczywiste, lub wręcz obowiązkowe. Wartym podkreślenia faktem jest, iż w moim mniemaniu zostanie on zapamiętany przez rapowe audytorium i dziennikarzy muzycznych, nie tylko ze względu na walory estetyki hip-hopowej, lecz przede wszystkim za wpływ jaki ów wywarł na ludzi, którzy zbudowani treściami na nim zawartymi wkroczyli na świadomą drogę wiary i podążyli za Jezusem Chrystusem.

RESTAURATOR

Zachęcony wysokim poziomem artystycznym „Remedium” przystąpiłem do odsłuchu jego następcy, hucznie w internecie promowanego albumu, o (a jakże) enigmatycznie brzmiącym tytule „Restaurator”. Pełen nadziei i zachęcony ogólnopolskim sukcesem debiutu Tau (Złota płyta w 2015 r.) śpiesznie nabyłem krążek i… Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy po kilkunastu minutach pojąłem iż „Restaurator” jest kompletnie innym albumem od swojego poprzednika!
Piotr Kowalczyk bez wątpienia wywalczył sobie wysoką pozycję na polskiej scenie hip-hopowej zdobywając grono zwolenników i wiernych słuchaczy. Miał on odwagę, umiejętności i wyobraźnię by nie tylko „wybronić” swój chrześcijański kierunek twórczy, lecz również zdobyć nowe audytorium ugruntowując się w świadomości środowiska jako wybitny raper i autentyczny krzewiciel idei. Niejako przetarł on szlak kolegom, którzy po zbudowanych przezeń schodach będą mieli szansę zaistnieć w świadomości słuchaczy, a tym samym budować ich wiarę dostarczając kolejnych albumów o zabarwieniu religijnym.
Oczywiście debiut Kowalczyka („Remedium”) wzbudził niechęć wielu, którzy zaciekle atakowali album stawiając jako kontrargument swój laicki światopogląd, zarzucając hipokryzję wobec religijnych deklaracji Piotra, czy też otwarcie wywlekając na forach swój antyklerykalizm. Niezmiennie, „Remedium” zdystansował swoich konkurentów w latach 2014-2015. Autor miał więc arcytrudne zadanie przeskoczenia wysoko przezeń zawieszonej poprzeczki i sprostania gustom słuchaczy przyzwyczajonych do wysokiej formy rapera z poprzedniego albumu. Niestety, w mojej opinii, drugie „dziecko” Bozon Records zawiodło oczekiwania.
Największym zarzutem jaki ja – słuchacz i recenzent mogę wytoczyć przeciw albumowi Piotra jest szeroko rozumiana niespójność, na której objawy natrafiłem już po odsłuchu kilku tracków. W „Remedium” spotkaliśmy się z kunsztownym, wielokierunkowym, aczkolwiek spójnym zamysłem twórczym, który z całą siłą dodawał waloru debiutowi windując go na wysoką pozycję w zestawieniu OLiS (4 miejsce). W przypadku jego następcy mamy do czynienia z osobnymi utworami upchanymi „na siłę” pod jeden szyld, próbującymi współgrać ze sobą w materii tematyki (niezmiennie chrześcijańskiej, choć jednak niewłaściwie zaprezentowanej i skomponowanej) i stylu rymowania samego twórcy. Choć nienajgorzej brzmiące, poszczególne utwory nie zachęciły mnie do repety brzmieniowej. Już po wysłuchaniu kilku utworów możemy odczuć skonsternowanie konfrontując się z wydumanymi, w moim odczuciu, nieciekawie zaprezentowanymi treściami zahaczającymi tu o metafizykę, tam z kolei sprowadzającymi słuchacza na brudne ulice i dyskoteki, by w końcu rozcieńczać myśl przewodnią rozrzuconymi tu i ówdzie monologami autora. Metaforyka albumu w ogólnym sensie jest nietrafiona i wprowadza zamęt emocjonalny. „Restaurator” wydaje się być tworzony na siłę, „na chybcika”, starając się dogonić swojego poprzednika i co jakiś czas nawiązać formą do osiągnięć Medium. Osobiście nie przekonuje mnie niniejsza forma prezentacji rozważań na bicie.
Krytykując album pragnę jednak oddać szacunek autorowi za wybitne umiejętności raperskie. Choć pomysły na realizację i aranżację większość kawałków na płycie wydają mi się chybione to jednak słuchając takich utworów jak singlowy „Pinokio” lub „Krzyż” muszę przyznać, iż Tau jest w świetnej dyspozycji wokalnej. Dynamiczne przyspieszenia przemieszane z nietuzinkową artykulacją słów i ciekawym akcentowaniem oraz tradycyjnie jego solidny śpiew pokazują, iż jest on wciąż w czołówce polskiej sceny hip-hopowej w kategorii technika i flow.
Choć niespójne oraz nazbyt rozbieżne stylowo i gatunkowo na uznanie zasługują przede wszystkim utwory singlowe („Pinokio”, „Krzyż” i „Miłosierdzie”), które niczym lokomotywa ciągną cały album za sobą (należy w tym miejscu wyróżnić producentów: Gawvi, Tau i Sherlock) . Bardzo okazale prezentują się również zarówno tematycznie jak i realizacyjnie „Ostatni taniec” (prod. Zdolny), „Język miłości” (prod. Tau) i bonusowy track (który notabene powinien był zostać singlem) i „Kosmonauta” (prod. Julas). Wartym wyróżnienia jest również „Święty” na padach Zdolnego okraszony świetnym wokalem znanej z poprzedniego wydawnictwa Agnieszki Musiał. Choć na pierwszy „rzut ucha” utwór wydaje się dość pretensjonalny i ckliwy to jednak niesie ze sobą fajną energię, którą szybko podchwytują szczególnie młodsi fani hip-hopu znad Wisły (sprawdzone w realu). Na tym jednak zakończyłbym wymianę uprzejmości i superlatyw wobec albumu.
W mojej opinii, energetyczny temat w kawałku „Fair play” oparty na przygaszającym bicie Chrisa Carsona w najmniejszym stopniu nie skłania do ponownego odsłuchu. Tym bardziej średni „Sternik”, choć wyłożony na ciekawym patencie wspomnianego producenta wzbudza konsternację i konflikt wewnętrzny nie skłaniając ani do luźnej „bujanki”, ani do „rozkmin”, a tym bardziej odwodzi od emocjonalnych uniesień serca. Storytellingowy „Goliat” niestety znacznie odstaje od poziomu jaki prezentują w utworach inni wyrobnicy słowa rapowanego w kraju. Tym bardziej, iż kawałek nie powala błyskotliwością. Instrumentalny „Jestem” z pewnością znalazłby swoją mocną pozycję na albumie o zabarwieniu około-rockowym. Utwór nieźle brzmi, lecz niesie odmienną energię od tej, którą wprowadzają na album utwory singlowe (grzech niespójności w całej okazałości). Konceptualną klęską wydaje się „Ból” mający w zamierzeniu oddawać (w ujęciu metaforycznym i ogólnoludzkim) cierpki smak pasji. Jaka jest jednak rola tracku w całym spektrum artystycznym i utylitarnym „Restauratora”? W podobnej manierze podana została „Kołysanka”, jednak ta dodatkowo poddana została zabiegowi okaleczenia przez laidbackowe wokalizy skutecznie uniemożliwiające wyczucie powagi tematu. „Marzyciel” kondensujący ogromne pokłady szczerości, w moim mniemaniu zbyt bardzo odstaje od twardej rzeczywistości zwanej codziennością i momentami przybiera formę miałkiej utopii (być może zgodnie z zamierzeniem autora – w końcu „Marzyciel”). Jaki jest sens obecności „Przybysza” na albumie, gdzie drobna wokaliza zapożyczona od Michaela Jacksona (choć nie wzmiankowana w opisach płyty – poprawcie mnie jeśli coś przeoczyłem) – mająca być w zamierzeniu urozmaiceniem tracku – zjada go i jest jedynym pozytywem? Wciąż szukam odpowiedzi.
Poza kilkoma mocnymi singlami stanowiącymi niejako miraż kunsztu i zapowiedź solidnej produkcji, „Restaurator” jest albumem na wskroś nieudanym konceptualnie. Nietrafiony wybór bitów, miałkość tematów lub niewłaściwy sposób ich zaprezentowania na bicie, eksperymenty aranżacyjne uniemożliwiające z jednej strony zaprezentowanie utworów młodszej publiczności (ot choćby w szkołach – katecheza – dlaczego nie?), z drugiej zaś amputujące swój potencjał imprezowo-koncertowy, czynią z albumu trudny w odbiorze religijno-filozoficzny traktat godny zakurzenia na półkach najwierniejszych fanów twórczości Piotrka.

PS
Perełką na „Restauratorze” jest z pewnością „Na niby” oparty na świetnym klubowym bicie Pawbeatsa z udziałem fenomenalnej trąbki Pavela Samokhina. Gdyby Piotr zdecydował się przearanżowanie albumu na styl narzucony przez producenta (oczywiście po wstępnym przetasowaniu tematyki) produkcja ta miałaby szansę wejść do klubów przemycając przy tym wartościowe treści i nowoczesną formę. Warto się nad tą propozycją zastanowić.

PS2
Ciekawym dodatkiem jest poligrafia zamieszczona do albumu zawierająca, według zapewnień autora, ukryty przekaz. Kluczem do odnalezienie hasła jest sama płyta CD, a dokładniej dwa znaczniki w formie strzałek, które winny wskazać wkomponowaną w grafikę numerację. Enjoy!

ON/OFF

Tak jak „Restaurator” znacznie odbiegał od stylówki przyjętej w bardzo udanym „Remedium”, tak też „On/Off” stanowi o inwencji twórczej i świeżości pomysłów Tau. Z rezerwą zakupiłem najnowsze dzieło Piotra obawiając się, iż kolejne (ewentualne) potknięcie płytowe może przygasić karierę wybitnego artysty i trendsettera oraz dać pożywkę na internetowe uszczypliwości jemu nieprzychylnym. Bardzo szybko przekonałem się, iż moje obawy są bezpodstawne a recenzowana dwupłytowa produkcja na długo zagościła „na moim uchu”. Z pewnością zauważyłeś, szanowny Czytelniku, iż miarkuję mój entuzjazm wobec koncept-albumu Kowalczyka. Moim zamierzeniem jest stopniowo wprowadzać Cię w poszczególne aspekty wydawnictwa, które, jak zdążyłeś wywnioskować, jest ze wszech miar udane.
Na początku winienem wyklarować wiodącą ideę przyświecającą jego tworzeniu. Jak napomknąłem składa się on z części „On” skupiającej utwory o tematyce cięższej, melancholijnej i rozkminkowej. Płyta tworzona była z przeznaczeniem do osobistego, wewnętrznego monologu słuchacza niż do klubowych okoliczności, (co nie zmienia faktu, iż niektóre z utworów w części „On” mogą być swobodnie grane na koncertach). Jeśli „Remedium” dało wgląd w osobiste refleksje autora, to „On” stanowi swoistą spowiedź Piotrka, a jego wyznania, dla wielu niewrażliwych bądź też niedojrzałych odbiorców, stanowić będą asumpt do niskiego hejtu, czy też dowartościowujących tychże lżeń.
Część „Off”, od której chciałbym rozpocząć analizę produkcji jest swoistym kontrapunktem dla części melancholijnej, gdyż jawi się jako optymistyczny, momentami bengierowy środek do rozkręcenia party i odwrócenia uwagi słuchacza od religijnej metafizyki. W mojej opinii krążek jest również muzycznym narzędziem do jednoczenia i godzenia ludzi oraz doświadczania obecności bliźniego (jeśli nie zdołałem w sposób klarowny przedstawić swego odbioru idei „Off”, na życzenie Czytelników, podam się do dymisji, na pewien czas).

OFF

Album „Off” (tak, jak jego brat bliźniak „On”) składa się z 13 tracków, do których podkłady wyprodukował SoSpecial. Posługując się skrótem myślowym mamy więc do czynienia z bardzo udanym duetem „producent/MC”. Kolaboracja ułożyła się artystom wyśmienicie a całość krążka jest spójna i czytelna. Tłusto brzmiące bębny z ciekawie pociętym samplem, delikatnym syntezatorem i ciepło dudniącym basem czynią odsłuch albumu przyjemną, codzienną praktyką. Dodajmy, iż od czasu do czasu można usłyszeć w tle funkujące wokalizy, których źródeł możemy doszukać się w latach 70-tych ubiegłego stulecia. Co poniektórzy zadadzą pytanie: „Czy na płycie odnajdziemy niuskulowe akcenty instalujące produkcję w manierę dzisiejszych trendów?” Odpowiem na odczepnego: „Po co Piotr miałby dokonywać takiej operacji? Czyż nie udowodnił swojej otwartości wobec szeroko rozumianej nowości już we wcześniejszych albumach?” Jego wybory brzmieniowe i aranżacyjne bronią się same udowadniając, iż dobrze wyselekcjonowana muzyka nie musi nosić znamion marketingowego przypasowania aby odnieść sukces.
Tau jako raper i wokalista spisuje się wyśmienicie. Pomimo braku robiących wrażenie przyspieszeń i słownej ekwilibrystyki artysta pewnie porusza się po bębnach, akcentuje we właściwych momentach kluczowe frazy, moduluje wokal i wkłada w zwrotki maksimum uczucia. W kategorii „śpiew” również poczynił postęp zaskakując słuchacza prostymi, choć znakomicie wykonanymi refrenami, wpadającymi w ucho wokalizami i ciekawą, odrobinę zachrypniętą barwą głosu.
Teksty rapera nie należą do tych misternie konstruowanych a dokładność rymu nie jest materią, na którą nacisk położył autor. Momentami oczekiwałem błyskotliwego rymu zwieńczającego strofę bądź też lotnej pointy. Zdałem sobie jednak sprawę, iż Tau wykształcił swój własny, niepowtarzalny styl charakteryzujący się silną emocją, techniczną wykładnią i jasnym przekazem, których z kolei trudno doszukać się u wielu raperów posługujących się intelektualną metaforyką, czy też misternie skonstruowanymi kombinacjami rymów.
Pisząc niniejszą recenzję przy sączących się z głośnika dźwiękach „Off” mimowolnie zdarza mi się wyszeptać: „Jakie to jest dobre”. Po ułamku chwili orientuję się, iż nie panuję nad tym co mówię. Tau odnalazł drogę do mojego ortodoksyjnego, hip-hopowego serca najprostszym z możliwych sposobów. Mianowicie, oddał w moje ręce album o bardzo wysokim, a przede wszystkim wyrównanym poziomie artystycznym. Nie odnajduję słabych punktów na krążku, choć być może chrześcijańskie zabarwienie poszczególnych utworów po raz kolejny stanowić będzie dla wielu przeszkodę nie do pokonania. Chcę wierzyć jednak, iż jakość „Off” jest najskuteczniejszym argumentem dla poświęcenia mu kilku chwil. Naprawdę warto!

ON

”On” – krążek o niewielkim potencjale imprezowym, o tematyce bardzo osobistej, o często melancholijnych podkładach i z ogromnym ładunkiem refleksji i spostrzeżeń socjologicznych miał być w zamyśle przeciwwagą do doskonałego „Off”. Tau zrealizował swój zamysł w pełni. Obłożył jednak nas, recenzentów, ciężarem, do którego uniesienia niezbędne jest już nie tylko obeznanie gatunkowe, uświadomienie kulturowe czy też kompetencje literackie, a szczere otwarte serce i zrozumienie materii samego nawrócenia w Jezusie Chrystusie. Ilu z nas, muzycznych melomanów, hip-hopowych luminarzy i oddanych słuchaczy jest w stanie zrozumieć istotę realnej przemiany duchowej człowieka, jeśli jedynie jej małych cząstek możemy doświadczać w formie takiej czy innej sztuki? Czy jesteśmy gotowi na przyjęcie świadectwa fonograficznego, którego kunszt nie jest li tylko wynikiem maestrii słowa i krystalicznej szczerości autora a wprowadzeniem słuchacza materię ponad emocjonalną – duchową?
Tonaż przedłożony na „On” nam, dziennikarzom muzycznym, wymyka się skali windując się wysoko ponad horyzont hip-hopowego rynku wydawniczego w Polsce. Album nie dość, że wielowymiarowo przeskoczył swą siostrzaną produkcję „Off” (która notabene sama w sobie jest doskonałym albumem hip-hopowym), to dokonał tego czego tylko nieliczne produkcje w świecie kultury w ogóle potrafiły dokonać. Kiedyś jeden z moich serdecznych ziomów wspomniał, iż dobre słowo, to te, które niesie ze sobą kunsztownie przyobleczony przekaz intelektualny. Natomiast prawdziwie skuteczne słowo to te, które poza walorami mądrości potrafi otworzyć serce słuchacza i realnie je zmienić, uwrażliwić, zwrócić spowrotem Bogu (nie mylić z tandetnymi, miałkimi i efekciarskimi półproduktami z rodziny wyciskaczy łez – nie o tym piszę). Czy album hip-hopowy może przygotować słuchacza na relację z Duchem Świętym? Włączam „On”.
Nie będę rozwodził się w tym akapicie nad selekcją i jakością bitów gdyż te wspaniale ze sobą współgrają (Gibbs, SoSpecial, Tau) i mistrzowsko zazębiają się z rapem i śpiewem Tau oraz Anatoma (ten wystąpił jako jedyny gość w utworze „Last minute”). Różnica między dwoma stronami koncept albumu nie dotyka materii sztuki, umiejętności władania słowem, czy też doboru tematyki poszczególnych tracków. Idzie tu o sferę duchową słuchacza , w którą Piotr bez wątpienia wkracza w wysublimowany a równocześnie prosty sposób. Album mianowicie, tak jak wspomniałem wcześniej, jawi się jako świadectwo i spowiedź autora zarazem. Kowalczyk zabiera nas w podróż do wnętrza swej jaźni, do najbardziej osobistych, często bolesnych doświadczeń z życia ofiarując swe dobre imię oraz szacunek w środowiska (aby tylko te dwie) jako narzędzia do rozbrajania pychy, zatwardziałości serc, megalomanii, zazdrości i kłamstwa – grzechu, będącego częścią natury ludzkiej. Piotr zaryzykował tak wiele, iż wartość albumu wymyka się mojej ocenie. Oczywiście mógłbym się rozwodzić nad poszczególnymi aspektami dzieła, jednak w kontekście konfesji Piotra sprawy te stają się dla mnie kosmetyką. „On”.

Rafał Elmer 2018

Napisz komentarz!