Ubiegły wtorek (5.02.19) był dniem, na który polscy fani Aminé na pewno długo czekali. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Tego wieczoru w klubie Proxima w na Warszawskim Mokotowie odbył się koncert wspomnianego wyżej artysty. A dziś prezentujemy Wam relację z tego wydarzenia.

Na początku warto wspomnieć, że Aminé gościł w Polsce po raz pierwszy. Zapewne zarówno wszyscy obecni, a już na pewno Ci fani, których koncert ominął się zgodzą – miejmy nadzieję nie ostatni. Ekipa HipHopWeb.pl, która zjawiła się tam dla Was tym słowom oczywiście zawtóruje. Nieobecnym i tym, którym twórczość amerykańskiego rapera jest obca niech narobi smaka poniższa relacja. Ale po kolei:

Aminé pochodzący z Portland w Oregonie, jest jednym z najciekawszych raperów młodego pokolenia. W lipcu 2017 roku zadebiutował albumem „Good For You” wydanym w Republic Records. Płyta debiutując znalazła się na 31 miejscu US Billboard 200 i w pierwszym tygodniu ponadto sprzedała się w ilości 13,000 sztuk. W styczniu ubiegłego roku pokryła się złotem, tym samym przekraczając pół miliona sprzedanych egzemplarzy. Album został dobrze przyjęty przez środowisko hiphopowe i zebrał wiele przychylnych recenzji, a sam Aminé dodatkowo znalazł się w dziesiątce najbardziej obiecujących świeżaków „Freshmen Class” magazynu XXL – odpowiedniku naszych Młodych Wilków.

Skoro już wszyscy wiedzą kim jest Aminé i dlaczego warto go zobaczyć na żywo, to nikogo nie powinno dziwić, że bilety wyprzedały się, co do ostatniego, a resellerzy zacierali ręce. Skupmy się zatem na tym jak było. A było grubo, zobaczycie.

Organizacja na plus

Kolejki przed wejściem do Proximy nikogo oczywiście nie powinny dziwić. Za to kiedy spytałem pierwszą osobę w kolejce, od której grzeje miejscówę, to już się nieco zdziwiłem. Sylwia z koleżankami stanęła przed drzwiami już o 15:00. Dodam, że drzwi klubu otwierano o 19:00. Także szanuję – ja zapewne przy tych temperaturach zagrzewałbym organizm wysokoprocentowym narodowym trunkiem i o 18:45 robił za wycieraczkę przed wejściem. Cóż, przy gwiazdach tego formatu tłumy są pewne, tak samo jak obsuwy, których NIE BYŁO. I z tego miejsca należy pochwalić organizatorów za całokształt organizacji, była klasa. No może poza brakiem „fosy” dla fotoreporterów, co niekoniecznie cieszyło media, za to dzięki temu pierwszy rząd pod sceną przy odrobinie szczęścia mógł zbić piątkę z gwiazdą wieczoru.

Zakładam, że publiki było o jakieś 500 osób więcej, niż kolegów po fachu, bo klub był wypełniony niemal po brzegi. Tym samym nie spotkałem nikogo, kto by narzekał. Dodajcie do tego zimne piwo (nie mają kraftów), piękne barmanki, dźwięk czarnych rapsów i ciężki bass uderzający o ściany plus kipiącą wręcz zajawę, to wyjdzie nam, że było zajebiście zanim jeszcze DJ zaczął rozgrzewać decki, a headliner pojawić się na scenie. W międzyczasie Ci bardziej przy hajsie, albo co kreatywniejsi w wyciąganiu go od rodziców, mogli zaopatrzyć się w bluzy, czy t-shirty sygnowane marką swojego ulubionego artysty. Co też z resztą licznie czynili.

Klub rozgrzany do czerwoności

O 20:05 za konsolą dodatkowo stanął DJ Madison LST. Szczerze powiedziawszy ostatni raz na koncercie zagranicznej gwiazdy byłem na Kempie, więc ciekaw byłem w jakim stopniu Madison porwie publikę z Polski samym warm-upem. Na moje oko porwał w jakieś 110%. Co mnie zdziwiło? To, że stojąc wtedy pod sceną mocno zawyżałem wiek pierwszego rzędu, a zdecydowanie młodsza ode mnie publika leciała wersy zagranicznych numerów lepiej niż ja. Nie wiem, czy ja powinienem się wstydzić, czy oni dziękować, że powstał Rap Genius? Niemniej warm-up rozgrzał wszystkich jak trzeba.

Około 10 min przed 21:00 zaczęło się na poważnie. Zanim reprezentant Portland pojawił się na scenie na ekranie LEDowym za sceną zobaczyliśmy Ricka – kierownika myjni z klipu REEL IT IN. Zapowiedział on z ekranu w zabawny sposób głównego artystę i w końcu doczekaliśmy się również samego Aminé na scenie! Przeważnie publika przy pierwszym numerze jeszcze nie idzie na całość, ale z tą obecną w Proximie stało się to, co z „gościem” z najpopularniejszego twitta Zbigniewa Bońka. I bardzo dobrze! W końcu to jego pierwszy koncert w Polsce, więc idę o zakład, że pierwsze wrażenie było takie, jakie byśmy chcieli jako fani zrobić na artyście. Jarał się nie mniej niż my.

Można rzec, że koncert zaczął się od aprobaty: „YOU ARE BEAUTIFULL!” i skończył podziękowaniami „YOU’ R BEAUTIFUL”, które było powtarzane przez artystę dodatkowo wielokrotnie w międzyczasie. Myślę, że lepszej opinii i podsumowania występu przez Amerykanina nie trzeba. Wspomniałem już, że DJ Madison LST rozgrzał klub na 110%? Po 3 pierwszych kawałkach publika włącznie ze mną była już mocno rozgrzana. Kiedy przeciskałem się spod sceny do baru przez morze ludzi, to na koniec wyglądałem, jakbym jednak przeszedł przez morze Bałtyckie. Kolejna dobra recenzja sama w sobie.

Interakcja artysty z publiką zrobiła najlepsze wrażenie

Tak już podsumowując. Ludzie bawili się jak najbardziej przednio. Oczywiście najlepiej lecieli razem z gwiazdą te wersy z utworów do których pojawiły się klipy – wiadomo. Rozerwać się na koncercie wpadli też nasi lokalni raperzy – najbardziej podobało się chyba chłopakom z Rasmentalism. Może szykuje nam się dodatkowo jakieś collabo zza oceanu? Co ciekawe, oczywiście zakładałem, że największą furorę zrobi najpopularniejszy utwór: Caroline. Aminé jednak zaskoczył publikę, wykonując ten utwór w zupełnie innej odsłonie. Tej, którą zaprezentował nam wcześniej chociażby na Tiny Desk Concert’ie – polecam odpalić, bo warto!

Żeby nie być za bardzo subiektywnym w swojej ocenie, zadałem kilka pytań przy wyjściu paru osobom. Czy, i ewentualnie co, im się najbardziej podobało tego wieczoru? Łukasz z Martyną zgodnie stwierdzili, że „najlepsze wrażenie zrobiła na nich interakcja artysty z publiką”. I ja się z nimi oczywiście w 100% zgadzam. Gość naprawdę, co kawałek przystawał i ponadro wchodził niemal w dialog z ludźmi przed sobą. Podobnież stali gdzieś na środku klubu, to ciekaw jestem jak fajne wrażenia mieli Ci znajdujący się najbliżej. Po drugie zapytani o kawałek z najlepszą energią oboje wymienili Spice Girl.

Żebyśmy wszyscy mieli porównanie poprosiłem jeszcze Sandrę i Norberta czekających ze mną na kurtki. Spytani na gorąco o wrażenia, niemalże wykrzyczeli, że „ZA KRÓTKO”. Zaraz potem dodali, że pewnie przez to, że pojawił się na scenie 10 min za wcześnie. Na nich również duże wrażenie wywarł kontakt performera z fanami. Stwierdzili, że dawał niesłychanie dużo energii. Dodatkowo podkręcały ją efekty wizualne – jak mniemam chodziło o to, co działo się za artystą na ekranie LEDowym. Fakt, trzeba przyznać, że to zawsze „robi robotę”. Oczywiście kto nie miał okazji tego doświadczyć, niech wybierze się na koncert PRO8L3Mu – tam to współgra idealnie.

Przybyli, zobaczyli i uwiecznili

Chciałem jeszcze sprawdzić na koniec, czy na występy zagranicznych artystów przychodzą głównie sajkofani. Oraz czy to oni biją się o każdą pulę biletów. Czy jednak „starcza dla wszystkich”? Okazuje się, że nie trzeba mieć pokoju obklejonego plakatami, znać każdego wersu z każdego kawałka, poginać w dedykowanych ciuchac i mieć ołtarzyka z płyt w pokoju, żeby zawitać na taki event i przy okazji kozacko się bawić. Wspomniane wcześniej pary raczej od niedawna znają Amine. A mimo to we wtorek do Proximy razem z redakcją HipHopWebPl: PRZYBLI, ZOBACZYLI I UWIECZNILI. Wiem, że moje relacje były, są i będą fajne, ale następnym razem się wybierzcie zamiast czytać, żeby móc potem samemu napisać:
VENI, VIDI, WIFI.

Do zobaczenia oczywiście na kolejnych imprezach, ewentualnie do przeczytania kolejnych relacji.
Wasz zawsze zajarany redaktor – Smokey.

zdjęcia: Julia Altmann

Napisz komentarz!