SAMSUNG CAMERA PICTURES

„Był rok dwutysięczny, wszyscy byli nieco podekscytowani przeskokiem na dwójkę z przodu, świat podobno mógł się skończyć, a pieniądze wylatywać z bankomatów.

Ale nic nie wyleciało. Planowo realizowałam zupełnie naturalnie następujący etap psa spuszczonego ze smyczy na pierwszym roku studiów uniwersyteckich w Poznaniu, kiedy ktoś zaprowadził mnie na imprezę ragga. Tam usłyszałam artystów, o których istnieniu nie miałam bladego pojęcia w samym środku chrześcijańskiej Polski. Wcześniej słyszałam trochę klasycznego jamajskiego reggae: Boba Marleya, Petera Tosha, Inner Circle, no i polskiego Izraela i Daab. Tej nocy pokazano mi ragga-muffin i dancehall, style szybkie i wyraziste tak w rytmie, tempie i gęstości podawania tekstu, jak i w tematyce, którą poruszały. Buju Banton, Bounty Killer, Lady G, Elephant Man, i wielu innych artystów. Byłam pod wielkim wrażeniem. Wysoki kontrast, dużo koloru, egzotyka, silne jamajskie kobiety przy mikrofonie. Jakiś czas potem spotkałam dwóch chłopaków, Maćka, czyli Abora (od nieco aborygeńskiej urody) i Mikołaja, czyli Frenchmana (urodzony w Gabonie z matki Polki i ojca Francuza mówił polszczyzną z uroczym francuskim akcentem i wtrętami)”. (Kosakowska, 47,48)

Był rok 2011, gdy na półki sklepowe trafił debiutancki album opisywanego przez Marikę Mikołaja (Nicolasa Ribiera) pt. „Świadectwo”. Wówczas krążek ów nie zdobył mojej uwagi będąc z każdej strony oblężonym wydawnictwami, które dziś przez wielu uważane są za kultowe. Wśród nich można wymienić: Donguralesko – „Zaklinacz Deszczu”, debiutujący Medium z „Teorią Równoległych Wszechświatów”, czy też Grubson z „Coś więcej niż muzyka”. Nie należę do słuchaczy, którzy przesadnie przywiązują się do twórczości raperów znad Wisły. Poniekąd stwierdzam, iż do kilku ze wspomnianych krążków wciąż żywię ciepłe uczucia. Nakreślając ową wydawniczą klęskę urodzaju roku 2011, pragnę uderzyć się w pierś i przyznać bez wykrętów, iż album Frenchmana po prostu pominąłem. Czy „Świadectwo” nie wzbudziło mojego zainteresowania z racji nieciekawych pastelowych barw okładki, czy może faktu, iż ksywka artysty nie dość często (w porównaniu do jego kolegów z branży) szturmowała internet nachalnym marketingiem? Tego dziś już nie pomnę. Na pocieszenie i zadość czyniąc mojej gafie sprzed siedmiu lat oświadczam, iż błąd naprawiłem i jestem szczęśliwym posiadaczem debiutu Mikołaja.

Gwoli wyjaśnień, tekst ów pozwoliłem sobie uszlachetnić cytatami ze skondensowanego studium psychologicznego jakim są „Antydepresanty” Marty Kosakowskiej – Mariki – pisarki i wokalistki współpracującej przez wiele lat z Frenchmanem w ramach Bass Medium Trinity. Usatysfakcjonowany lekturą stwierdzam, iż jej książka, choć traktująca o zagadnieniach nie związanych bezpośrednio z muzyką Nicolasa, „Świadectwo” uautentycznia i nadaje mu historycznego rysu. Zdecydowałem się więc powiązać oba akty twórcze i oddać Wam, Szanowni Czytelnicy, muzyczną recenzję o charakterze literacko-retrospektywnym.

Na wstępie wspomniałem o okładce, która jak na mój gust, nie stanowi o kunszcie artystycznym grafika. Z pewnością, zgodnie ze starym ludowym porzekadłem o książce i okładce, nie powinienem zaczynać recenzji albumu od opiniowania jego poligrafii. Jednak w tym wypadku zastosuję ów literacki gambit, aby dać wyraz memu drobnemu rozczarowaniu wobec jej konceptu. Frenchman w iście oldschoolowej pozie stoi na pastelowym tle mając tuż przy nodze eksponat muzealny w postaci wypasionego ghetto blastera (sugeruję wyguglować odrobinę młodszym Czytelnikom). Tak jak bliskie jest memu sercu hip-hopowe brzmienie wczesnych lat 90-tych oraz całe, wspaniale lata 80-te, tak czołówka albumu nie przykuwa uwagi. Z odsieczą okładce mknie wątpliwej jakości graficzny fajerwerk w postaci rozciągniętego cienia wokalisty, który, jak się domyślam, ma nadawać jej dynamiki, lub nieść zakamuflowany, religijny przekaz nawiązujący do pochwycenia do Nieba ludzi wierzących w czasach ostatecznych. Kwestia ta pozostaje dla mnie zagadką. Niecelny, moim zdaniem, pomysł na stronę frontową albumu, nie stanowi jednak o jego zawartości, która mieni się jako eklektyczna, oryginalna, momentami zaskakująca w wydźwięku próba artystyczna (nadmienię, iż mamy do czynienia z dwupłytowym wydawnictwem, więc ciekawostek i zwrotów akcji przy okazji recenzowania albumu masz tu co niemiara).

”Wkrótce dowiedziałam się, że sound-system to określenie na grupę ludzi (didżejów, selektorów, techników) i sprzęt, na którym grają lub na sam ten sprzęt. Termin ów wywodzi się z kultury organizowania imprez na wolnym powietrzu. Bez jakichś szczególnych przygotowań i zezwoleń, spontanicznie. Ludzie, którzy chcieli grać muzykę, kupowali ciężarówkę, głośniki, wzmacniacze, mikrofony, gramofony, płyty winylowe i…performowali. Bass Medium wprawdzie nie posiadało ciężarówki, ale owszem, nieco sprzętu, winyli i furmankę entuzjazmu. Zapatrzeni w Jamajczyków, którzy nam imponowali charyzmą i stylowością, staraliśmy się do nich upodobnić strojem, zachowaniem, fryzurami i manierą wokalną. Jako że teraz była nas trójka, nazwaliśmy się: Bass Medium Trinity. Nasz soundsystem funkcjonował tak, że Abor pełnił rolę selektora, czyli gościa, który puszcza winylowe płyty, wcześniej przez siebie zdobyte. Na tych płytach znajdowały się głównie jamajskie nagrania: piosenki i czyste podkłady instrumentalne, bez wokali. Pozyskanie takich winyli wcale nie było łatwe. Do tych podkładów śpiewali i pokrzykiwali wokaliści-wodzireje zwani diżejami lub singdżejami (w tym charakterze Frenchman i ja).” (Kosakowska, 48-49)

W takim właśnie wymiarze powinniśmy odbierać „Świadectwo”. Album nie jest najłatwiejszy w recepcji, szczególnie jeśli idzie o dobór bitów, które ni w ząb nie wpasowują się w manierę bijących rekordy popularności niuskulowych stylówek. Na krążku odnajdziemy świetne i czysto wykonane partie śpiewane autora. Jego klasycznie wyłożony rap w otoczeniu oldscholowych, soczystych brzmień, o których jakość zadbał nie kto inny jak sam Noon, znany szerzej ze współpracy z Pezetem. Z pewnością krążek nie jest ulicznym nurtem w materii hip-hopowej. Jednak, jak dla mnie, bity na płycie są kwintesencją sztuki ulicy. Wielki ukłon w stronę Nicolasa za solidną robotę producencką, do której po prostu chce się wracać.

Prawdziwymi „pałerplejami” wśród 14 tracków, w mojej ocenie, są „Daj mi beat” z gościnnym udziałem Mariki, „Jedna setna” z Abradabem, „Pocokomudiss?” z rewelacyjną zwrotką Gurala oraz „Będzie Lepiej” z HiFi Bandą. Utwory niosą ze sobą to, co najlepsze w hip-hopie, czyli energetycznie zbudowane bębny, elektryzujący sampel i ciekawie wyłożone treści. Niezgorzej brzmią „3xZoom” oraz „Stan”. „Świadectwo” ma również swoją spokojniejszą stronę na której prym wiodą „O sielance” z gościnką Proceente oraz „Boski gen” ze zwrotką OSTRa oraz traktujący o problemie (grzechu) aborcji „Niemoralne”. Słabiej wypada utwór „Świadectwo”, który, choć w warstwie tekstowej stanowi trzon całego albumu, to nie porywa ani do głębszej refleksji, ani tym bardziej do poruszenia karkiem.

W tym miejscu pragnę zwrócić uwagę, iż na albumie usłyszymy gości z Polski w sześciu kluczowych kawałkach, co może prowadzić do prostej konkluzji, iż krążek jest przeładowany tzw. gościnkami (szczególnie, iż dwa tracki „Mic Qui M’Aille” oraz „Le Royaume z L’FMR” , mimo, iż wylożone na rewelacyjnych bitach, wykonywane są po francusku, co czyni je dość odległymi dla nieobeznanego z tamtejszą sceną polskiego słuchacza). Przy pierwszym odsłuchu właśnie takie wrażenie odniosłem, jednak przy kolejnych stycznościach z materiałem, ów przesyt powoli znikał wyparty przez szereg atutów jakimi bez wątpienia charakteryzuje się album.

Czy to koniec dobroci płynących ze „Świadectwa”? Nic bardziej mylnego! Jak już wspomniałem jest to wydawnictwo dwupłytowe, gdzie poza autorskimi produkcjami Nicolasa Ribiera otrzymujemy 22 najczystszej maści hip-hopowe blendy nadające się zarówno na „domówkę” jak i do klubu, wyprodukowane przez DJ Hena oraz tajemniczego DJ Lifesavera, którym jest nie kto inny, jak sam Frenchman. „Blend-A-Mix – Original blends in original mix for original people by original djs”, bo tak brzmi pełna jego nazwa, jest ukłonem dla tych, którzy lubują się w nowszych, przeznaczonych na parkiet nurtach w naszym hip-hopowym tyglu. Miksy są o tyle ciekawe, iż usłyszymy na nich również wokale starszych wyjadaczy sceny USA, których barwa głosu i charakterystyczne flow nabiera nowej energii w styczności ze świeższymi bitami. Polecam nie mniej niż autorskie (wokalne) popisy Frenchmana na „Świadectwie”.

Jako ciekawostkę należy wspomnieć, iż album sprzedawany był z dewocjonalią – medalikiem Św. Benedykta, którego posiadanie przy okazji kupna albumu, w moim przypadku, nie wywoływało większych emocji. Co więcej, jako rzecze okładka „częściowy dochód z płyty zostanie przekazany na rzecz Caritas Archidiecezji Poznańskiej i Programu Skrzydla”, co nobilituje wydawnictwo i niejako „ożywia” go poza sferą domowego odsłuchu, czy też okolicznością koncertową. Ciekawe.

Album jest bez wątpienia warty posiadania, w szczególności jeśli wziąć pod uwagę rok jego wydania (2011). Czas, gdy tzw. spiritual rap w Polsce wciąż raczkował. Bez wątpienia bardzo trudno było nawróconym do Chrystusa raperom zwrócić uwagę młodszych generacji odbiorców hip-hopu na treści o zabarwieniu religijno-duchowym. Osobiście odczuwam satysfakcję, iż jestem posiadaczem „Świadectwa” oraz, że mogę podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami odnośnie albumu. Życzę Wam również podobnych, miłych odczuć z nim związanych, subtelnie ponaglając Was do zakupu dzieła Frenchmana. Jeśli mnie internety nie mylą, krążek powoli znika z pola zasięgu.

Recenzję pragnę zakończyć osobistym wersetem Nicolasa z albumowej książeczki: „To świadectwo dedykuję wszystkim niedowiarkom, wątpiącym i poszukującym. Jako zwykły człowiek poczułem „dotyk Boga”. Oprócz słów, towarzyszyły mi jeszcze doznania i emocje, które trudno tu opisać. Ale jeśli miałbym to zrobić w kilku słowach byłyby to: żal, skrucha, uwolnienie, śmierć, miłosierdzie, zmartwychwstanie, miłość w najczystszej formie, wszechmoc Trójcy Przenajświętszej. W pierwszych godzinach mojego nawrócenia zadałem sobie pytanie – ‘Jak ja im (Wam) to wszystko wytłumaczę?’ Nawrócenie jest jednocześnie czymś wspaniałym i trudnym. Wspaniałym, bo doznajesz to tylko raz, a trudnym, bo idą za tym pewne konsekwencje. Stajesz się dość kontrowersyjny w swoich poglądach, popierasz coś, co jest niemodne i przestarzałe. Uznajesz Jezusa Chrystusa za Jedynego Syna Bożego i Mesjasza. Będziesz wyśmiewany, ludzie będą mówić, że oszalałeś, będą chcieli ci udowodnić jak ta religia jest fałszywa i przekłamana. Przekłamany jest ten, co zobaczył, a nie uwierzył. Ja zobaczyłem i uwierzyłem. (…) „

Kosakowska Marta. 2016. Antydepresanty. Warszawa: EDIPRESSE KSIĄŻKI

Rafał Elmer 2018

PRAWA AUTORSKIE
Kopiowanie części recenzji lub ich całości bez mojej zgody, a także kopiowanie zdjęć lub usuwanie z nich loga jest surowo zabronione. Wszystkie zamieszczane zdjęcia i recenzje są mojego autorstwa, kiedy jest inaczej podaje informację o źródle.

Napisz komentarz!